niedziela, 22 stycznia 2012

food, food, food, body, body, body!

Od ostatniej notki mam ogromne wyrzuty sumienia. Kompletnie o siebie nie dbam. W sensie, o siebie dbam bo spełniam każdą swoją zachciankę ale tymi zachciankami nie dbam o swoje ciało.  Przez ostatni miesiąc czułam się na prawdę lekko. Byłam świątynią czystości i nie wrzucałam w siebie nic czego nie mogłam. a dziś? jest fatalnie. Moje uda, brzuch wysyłają sygnał do mózgu "OGARNIJ SIĘ OGARNIJ SIĘ" a ja bezlitośnie wrzucam w siebie paluszki, ciasteczka i wlewam litry jakiegoś colo-podobnego napoju. A ciało krzyczy i domaga się sportu...a ja pomysłu na ten sport nie mam. Panuje we mnie przekonanie, że to co ćwiczę w domu kompletnie nie działa. Chyba mam zryty mózg programami telewizyjnymi, że muszę mieć riboki kształtujące pośladki, mate i zasuwać codziennie na fitness i jogę. Oj no, zasuwałam ale samej teraz kompletnie mi się nie chce. Aktywnie (bo 5 razy w tygodniu) spędzałam pierwszy i drugi rok w Krakowie. Fitness, Joga, BUP, stepy, ciężarki, salsa.......i tak dalej i tak dalej. Pamiętam do dziś ten przypływ endorfin....był porównywalny z tym, który czułam po treningach kick boxingu. A dziś czuję się ciężko, smutno i mam ochotę walnąć się w łeb za te 3 ostatnie dni rozpusty. Dziś się posmucę i poużalam nad sobą a jutro zjem pyszne śniadanie, pyszny obiad, podwieczorek (tak, zjem nawet podwieczorek) i pyszną kolacje. I zapewniam, że wszystko będzie zdrowe i lekkie i potrzebne mojemu organizmowi, żadnych śmieci, przypalonego tłuszczu i ŚMIERDZĄCEGO (bo śmierdzi) wywaru z kurczaka.
No i trochę zdjęć, które mnie mega inspirują!!!





ah, nie weźcie mnie za aktywistkę ruchu pro ana :-)  mam 10kg nadwagi!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz